W numerze 39/2021 „Przewodnika Katolickiego” ukazała się rozmowa Weroniki Frąckiewicz z o. Łukaszem Miśką OP, prezesem naszej Fundacji, na temat znaczenia muzyki w liturgii.

O spotkaniu, które domaga się odpowiedzi, teologii ludowej i o tym, kto może fałszować, a kto nie, z o. Łukaszem Miśko OP rozmawia Weronika Frąckiewicz. Na okładce można także zobaczyć zdjęcie z koncertu końcoworocznego Szkoły Kantorów, opatrzone hasłem „Muzyka ma znaczenie. Nie jest dodatkiem, ale ważną częścią liturgii”.

Kto jest adresatem muzyki podczas liturgii: Bóg czy człowiek?

– Bóg jest pięknem ponad słowami, ponad pojęciami, jest radością, która domaga się od człowieka czegoś więcej niż tylko intelektualnego uznania, że On istnieje. Bycie z Bogiem to coś więcej niż szukanie moralnego czy etycznego dobra lub piękna. Spotkanie z Nim domaga się całościowej odpowiedzi, a muzyka ma w sobie właśnie coś takiego, że przenika, otwiera, porusza i zachwyca całego człowieka. Dlatego jest ona dla człowieka, ale właśnie przez to jest też dla Boga, bo On chce nas całych. Bogu zależy, aby człowiek całym sobą wszedł w spotkanie z Nim.

Przygotowując się do naszej rozmowy, przeczytałam Instrukcję o muzyce kościelnej wydaną przez Konferencję Episkopatu Polski w 2017 r. Zastanawiam się, czy poza mną i kilkoma pasjonatami ktoś jeszcze ją czytał, bo na pewno zalecenia te nie są brane pod uwagę w naszych parafiach.

– Instrukcje, przypomnienia i zachęty są po to, aby nas wyrywać z poczucia, że już osiągnęliśmy najwyższy pułap tego, jak ma być. Pojawia się pytanie, kto je czyta i bierze na poważnie. Jeśli są one tylko zaleceniami publikowanymi w oficjalnych dziennikach watykańskich czy KEP, a nikt nie bierze do serca tych zachęt, to uważam, że są one stratą czasu i papieru. Z drugiej strony myślę, że rzeczywistość parafialna w ostatnich latach bardzo się zmienia. Wiele powiedzieliśmy o wpływie pandemii na polską parafię, o wpływie politycznych zawirowań i strajku kobiet na liczbę wiernych, a także o kryzysie autorytetów i ukrywaniu przestępstw wśród księży. Wszystkie te kwestie, zdaje się, przyspieszyły przemiany związane z kryzysem. Może się wydawać, że liturgia czy muzyka nie jest na tej półce ,,rzeczy ważnych”, nie jest czymś tak palącym jak to, czy ludzie w ogóle jeszcze wierzą, i czy w Kościele w obecnym kształcie jest jeszcze coś dobrego. Paradoksalnie jednak myślę, że gdyby zacząć reformować parafię i pytać o to, kim naprawdę jesteśmy jako katolicy, liturgia powinna być poważnie potraktowana. Nie przez to, że jest tematem zastępczym – i będziemy rozmawiać o muzyce zamiast o tym, jak żyją księża, tylko żebyśmy pamiętali, skąd mamy wiedzieć tak naprawdę, czym jest Kościół. Liturgia zawsze była uważana za to miejsce, w którym uczymy się nie z dokumentów i instrukcji, ale od samego Boga. Teologia jest owocem liturgii. Upraszczając, uczniowie zaczęli się modlić, łamać chleb tak, jak Pan Jezus im powiedział – z tego zrobiła się teologia. Muzyka jest częścią doświadczenia piękna, które nas zobowiązuje do uczciwego życia: do tego, abyśmy troszczyli się o wykluczonych, żebyśmy nie byli zapatrzeni w siebie, pozostawili mentalność korporacyjną w Kościele, ale abyśmy na nowo zachwycili się Bogiem, z powodu którego ten Kościół istnieje.

A czy oprócz wprowadzania w doświadczenie piękna muzyka wykonywana w trakcie liturgii służy jeszcze jakimś celom?

– Odpowiedzią na Pani pytane jest termin participatio actuosa (aktywne uczestniczenie), który oznacza współdziałanie liturgiczne wszystkich wiernych, a nie przypatrywanie się temu, co robi ksiądz. W praktyce wygląda to różnorodnie: niektórzy znajdą w sobie powołanie, żeby być lektorami, inni nadzwyczajnymi szafarzami Eucharystii, jeszcze inni zaangażują się w służbę liturgiczną. Liczba osób zaangażowanych bezpośrednio mimo wszystko jest niewielka. Wszyscy jednak mamy powołanie do tego, aby całym swoim ciałem i wyobraźnią wejść w dialog, którym liturgia jest. Muzyka jest najbardziej egalitarną z form, gdyż wszyscy jednoczymy się w śpiewaniu. Mówię wszystkim: bardzo proszę fałszować, proszę się nie bać fałszować (śmiech). Podczas liturgii nie może być tak, że śpiewa tylko ksiądz, schola i osoby wykształcone. Idąc na liturgię, każdy zabiera całego siebie, bierze nie tylko słowa, którymi się posługuje, ale też cielesność, np. to, że dziś przyszedł z chrypką czy to, że ma bardzo niski głos i nie może się dostroić do reszty. Każdy z nas jest podczas liturgii tym, kim jest w rzeczywistości i wchodzi w nią całym swoim doświadczeniem. Liturgia jest bardzo cielesna.

Czasem ta cielesność i zmysłowość podczas liturgii bywa mocno nadszarpnięta, zwłaszcza u kogoś, kto ma wrażliwość muzyczną, a sąsiadowi z ławki obok słoń nadepnął na ucho. Nie wspominając o organistach, którzy grają tak, jakby dobierali akordy do przyśpiewek weselnych. Cała koncepcja piękna, o której Ojciec mówi, trzęsie się w takich sytuacjach w posadach.

– Mnie też organiści czasem psują liturgię (śmiech). Celowo zarysowałem konflikt między pięknem a cielesnością. Mimo wszystko jest on trochę nieredukowalny. Po pierwsze, nie możemy uciekać w estetyzm, w wiarę, że zbawi nas czyste piękno formy: krystaliczny śpiew wykształconego kantora czy organisty, który będzie absolwentem najlepszego uniwersytetu muzycznego w Polsce. Można dbać o piękno formy, ale jeśli w ławce obok siedzi ktoś, kto fałszuje, a nas to najzwyczajniej w świecie denerwuje, to musimy to zaakceptować, bo ta osoba ma do tego prawo. Jeśli natomiast organista nie potrafi grać i śpiewać, to nie ma prawa tego robić. Odpowiedzialnością proboszcza tej parafii jest to, żeby zamiast wyzłacać kolejne barokowe aniołki na bocznym ołtarzu przeznaczył więcej środków, aby zawodowy organista mógł utrzymać się z pracy w kościele. Jakość, zwłaszcza liderów muzyki kościelnej, powinna być priorytetem. Musimy znaleźć złoty środek między pokusą perfekcjonizmu i estetyzmu a tym, że za niewielkie pieniądze gra organista chałturnik. Każda parafia musi znaleźć swoją praktyczną drogę.

Mieszkam w dużym mieście i bez problemu mogę wskazać kilka kościołów, w których od lat gra organista naprawdę niepotrafiący tego robić. Dodatkowo wierni między sobą cały czas narzekają na niski poziom muzyki w danej parafii. Dlaczego proboszczowie nic z tym nie robią?

– Aby zatrudnić organistę z tytułem magistra sztuki z uniwersytetu muzycznego, należy tej osobie odpowiednio zapłacić. Taka osoba będzie również znała swoją wartość i będzie stawiała wymagania. Być może dotykamy dwóch problemów. Pierwszy to ten, że dla wielu proboszczów muzyka wciąż nie jest priorytetem, więc nie przeznaczają na nią wystarczających środków finansowych. Drugą kwestią jest to, że w sprawowaniu władzy w parafii często proboszczowie nie tolerują konkurencji, są przyzwyczajeni do tego, że to oni mówią organiście, jak ma wyglądać strona muzyczna liturgii. Ekspert, który być może oprócz UM skończył też kursy muzyki kościelnej, więc nie tylko zna warsztat instrumentalny, ale również dokumenty Kościoła i historię muzyki liturgicznej, może nie być mile widziany.

Skoro magisterium Kościoła stwierdza, że muzyka w liturgii jest ważna i potrzebna, co konkretnie robi się w Kościele, aby edukować muzycznie księży, rozwijając tym samym ich wrażliwość muzyczną?

– Między diecezjami, seminariami, zakonami występują duże różnice. Bardzo wiele zależy w diecezji od biskupa, a w zakonie od wagi, jaką przypisuje się liturgii. W tej kwestii obserwuję duży pluralizm. Muzyka kościelna jest częścią szerszego działu teologii, jakim jest liturgika, więc jak ona wygląda praktycznie, wynika z tego, jak rozumiana jest liturgia. Znam diecezje, w których podejście do muzyki liturgicznej jest naprawdę na wysokim poziomie. Wiem również o seminariach, w których pyta się kleryków, który z nich kiedykolwiek dotykał klawiatury. Jeśli zgłosi się jakiś i powie, że umie grać Dla Elizy, powierza się mu funkcję organisty. To jest działanie po linii najmniejszego oporu, żeby tylko coś było, gdyż trochę głupio nie śpiewać podczas Eucharystii, więc lepiej zrobić pobożny hałas.

Jak nauczyć się rozróżniać „pobożny hałas” i wszelkie piosenki religijne, które dość mocno rozgościły się w naszej przestrzeni eucharystycznej, od właściwych śpiewów liturgicznych?

– W tradycji Kościoła przez wieki podczas liturgii wykonywano tylko psalmy, gdyż uważano, że nie ma lepszych słów niż słowa Biblii. Tą księgą, która zawiera śpiewane modlitwy, pełne chwały, ale i bólu, tęsknoty i cierpienia, jest właśnie Księga Psalmów. Oficjalne księgi liturgiczne do Soboru Watykańskiego II zawsze zawierały tzw. propria mszalne, czyli refreny, które są kwintesencją całego psalmu, a które może powtarzać całe zgromadzenie. Były także wersety psalmowe, które śpiewał kantor. Hymny natomiast stanowiły część pobożności domowej, śpiewane były pod krzyżem na wsi, na nabożeństwach, ale poza Eucharystią. W praktyce wyglądało to często tak, że tylko ksiądz odmawiał psalmy, które były przypisane danym częściom Mszy, a organista śpiewał hymny. Sobór Watykański II dopuścił twórczość hymniczną do liturgii. Pierwszeństwo zachowały propria – one mogą być gregoriańskie, wielogłosowe, jednogłosowe, mogą stanowić nowe opracowania, jeśli chodzi o tekst. Jednocześnie w trakcie Eucharystii dopuszczono wykonywanie nowoczesnych hymnów, śpiewów, które jednak jakoś mają odzwierciedlać charakter propriów mszalnych. Cechą tego charakteru jest pewna powściągliwość emocjonalna. Emocjami jest najłatwiej manipulować, a muzyka ma moc, aby je rozbujać, poruszyć. To może nas odciągnąć od tego, co się wydarza w Eucharystii, sprawi, że będziemy bardziej skupieni na sobie, na swojej emocji i przeżyciu, na intensywności doświadczenia niż na samym darze Mszy. Eucharystia, która jest czymś wspólnym, ma prowadzić razem kogoś, kto jest zdolny do uniesień, bo wszystko mu się w życiu układa, ale i tego, który siedzi w ławce obok i właśnie stracił małżonka. Liturgia jest czymś uniwersalnym, dlatego nie może być za bardzo ekstremalna. Niech tajemnica Boga, który przychodzi do nas w Eucharystii, nie będzie osłonięta zasłoną dymną, którą stworzymy sobie w głowie i sercu naszymi emocjami. Pozostaje jeszcze kwestia tekstów.

„Zasłużyliśmy, to prawda, przez złości, by nas Bóg karał rózgą surowości. Lecz kiedy ojciec rozgniewany siecze, szczęśliwy kto się do matki uciecze”. Tego typu pieśni wciąż się mają u nas dobrze i niejednokrotnie „uświetniają” różne uroczystości kościelne.

– Pieśni tradycyjne są uświęcone czasem, mają pewien status. Nikt nie ma odwagi zrobić zamachu na pieśń Serdeczna Matko, którą Pani wspomniała. Teologia nie jest monolitem i często niestety widzimy różnice miedzy teologią akademicką a teologią popularną. Nasze pieśni nierzadko wyrastają z tej drugiej. Po Soborze Watykańskim II powstało trochę nowej muzyki w nurcie gregoriańskim, było kilku dobrych autorów, którzy pisali hymny, m.in. ks. Ziemiański, tłumaczyło się francuskich autorów czasu odnowy. Wprawdzie pieśni te są obecne w parafiach, ale tak naprawdę się w nich nie utrzymały, wciąż dominują śpiewy tradycyjne, pieśni pobożne od wieków śpiewane, które wyrosły z pobożności ludowej, wiele z nich jest bardzo emocjonalnych, są ckliwe. Często przebrzmiewa w nich bardzo wykrzywiona teologia.

Mam wrażenie, że kościoły dominikańskie w aspekcie muzyki liturgicznej wypadają znacznie lepiej niż reszta parafii. Dominikanie mają swój Ośrodek Liturgiczny, który wydał śpiewnik Niepojęta Trójco, schole prowadzone przez profesjonalistów zazwyczaj prezentują naprawdę wysoki poziom muzyczny. Skąd ten widoczny, inny klimat liturgiczno-muzyczny u dominikanów?

– Szkoda, że tak jest. Nie chciałbym, żebyśmy byli wyjątkowi. Wolałbym, żeby to, co robimy, było pewnym standardem. Tym bardziej, że można to robić różnorako, ważne, aby każdy pamiętał, że liturgia nie jest jego. Myślę, że to nam w naszych dominikańskich sercach gra: liturgia nie jest ani moim prywatnym momentem na nauczanie, nie jest to tło dla mojego kazania, ani przykrym obowiązkiem do odbębnienia, obowiązkiem niedzielnym, który trzyma ludzi razem w Kościele i uczy wartości chrześcijańskich. Liturgia jest czymś znacznie głębszym. Historycznie zmiany zaczęły zachodzić w naszym zakonie w Polsce w latach 80. W tamtym czasie w Krakowie, dziś utożsamianym z rozwojem muzyki liturgicznej, było wielu umuzykalnionych braci. Tymczasem w naszej bazylice pw. Świętej Trójcy organistką była pewna siostra zakonna, która grała m.in. Serdeczna Matko. Bracia poczuli, że to nie jest to, o co prosi sobór, kiedy definiuje liturgię jako źródło i szczyt. I tak zaczęli swoje poszukiwania, m.in. w doświadczeniu kościoła francuskiego, który już wcześniej zaczął szukać nowych form, w których tradycja będzie zachowana w propriach mszalnych, ale śpiewanych w języku narodowym, a nie po łacinie. To była iskra, która naszych polskich braci poruszyła. Ja sam zostałem dominikaninem dlatego, że odczułem liturgię dominikańską jako coś bardzo ludzkiego. To nie jest odgrywanie ról, które odbierają nam człowieczeństwo. Celebrans jest w pełni człowiekiem, a jednocześnie jego osobowość, jego własna twórczość jest świadomie podporządkowana i oddana na służbę. Jego głos staje się czymś więcej, a jednocześnie pozostaje ciągle jego własnością. Wciąż mnie to fascynuje.

Jak uwrażliwić wiernych na znaczenie muzyki w liturgii?

– Rozwiązaniem jest katecheza liturgiczna czy mistagogiczna, wprowadzająca w misterium. Nie ma innej drogi. Potrzebna jest formacja dorosłych, podczas której na nowo odkryje się dar liturgii, a w nim zawierający się olbrzymi potencjał muzyki. Jeśli proboszcz nie czuje się kompetentny lub ma świadomość, że muzyka nie jest jego mocną stroną, warto aby zaprosił kogoś z zewnątrz. Z naszym Ośrodkiem Liturgicznym współpracuje wielu dobrych muzyków, m.in: Rafał Maciejewski, Urszula Rogala, Piotr Pałka, Paweł Bębenek, którzy są nie tylko świetnymi muzykami, ale i ewangelizatorami, potrafiącymi pokazać, co to znaczy żyć muzyką liturgiczną. Fenomenem rozwijanym od lat są Warsztaty Muzyki Liturgicznej. Zapoczątkowane przez naszą wspólnotę w Krakowie prawie 20 lat temu rozlały się na całą Polskę i prowadzone są przez różne diecezje, parafie i wspólnoty. Jest to szansa nie tylko na doskonalenie warsztatu formalnego: śpiewaczego czy dyrygenckiego, ale również na odkrycie głębi teologicznej. Jeśli z jakiejś parafii pięć osób pojedzie na warsztaty, wróci i zacznie żyć tym, co usłyszało, i się dzielić się tym z innymi, może to być iskra, która zrewolucjonizuje parafię.